Wywiad z pierwszym uczniem – uchodźcą w I SLO „Bednarska”

Wywiad z pierwszym uczniem-uchodźcą
w I SLO „Bednarska”, TIMUREM jALIJEWEM

Powiedz, jak się znalazłeś w Polsce?

Przyjechałem do Polski z Mamą na początku lat dziewięćdziesiątych po tragicznych wydarzeniach w moim kraju. Mieliśmy przy sobie kilka toreb z niezbędnymi rzeczami i ubraniami na zmianę. Wszyscy przyjaciele, rodzina i cały dobytek zostały na zawsze w “przeszłości”.

Skąd uciekliście?

Mieszkaliśmy z Mamą w Abchazji – pięknym subtropikalnym kraju, gdzie morze i góry stanowią harmonijną jedność. Palmy, platany, eukaliptusy, cyprysy, agawy, winorośl, drzewa cytrusowe i herbaciane pola… Egzotyczne owoce mieliśmy na wyciągnięcie ręki, bo rosły na każdym podwórku.

Co zmusiło Was do opuszczenia tego klimatycznego raju?

Gdyby nie jedna z najkrwawszych wojen lat dziewięćdziesiątych i jej skutki, to nigdy byśmy nawet nie pomyśleli, by gdziekolwiek się przeprowadzać. Niestety, przeżyliśmy z Mamą praktycznie wszystkie okrucieństwa tej wojny. Mieliśmy nadzieję, że jak to wszystko przetrwamy, to odbudujemy swoje życie na nowo. Nie udało się…

Jak wspominasz tamte chwile?

Wojnę pamiętam dobrze. Kiedy wybuchła, miałem 12 lat. Mimo to rzadko wracamy z Mamą do wspomnień z tamtych dni. W sumie najstraszniejsza była dla mnie nie sama wojna, lecz jej skutki. Może dlatego, że podczas ucieczek, widoku krwi, strzelaniny i okrucieństwa wokół, w człowieku uruchamia się adrenalina i wszystkie instynkty samozachowawcze utrzymujące cię w pionie. Refleksja następuje po, kiedy adrenalina opada i zaczynasz rozumieć w pełni, co się wydarzyło.

Mógłbyś trochę opisać, jeżeli nie jest to dla Ciebie zbyt rudne?

Masz wrażenie, że zasnąłeś w jednym miejscu, a obudziłeś się w zupełnie innym, niby podobnym, a jednak wszystko odbija się jakby w jakimś okrutnym, krzywym zwierciadle. Zewsząd patrzą na ciebie oczodoły spalonych budynków, a to przecież te same okna, z których niedawno wyglądały roześmiane dzieci, twoi przyjaciele. Widzisz spalone ulice, dzielnice, miejsca gdzie lubiłeś chodzić do kawiarni, restauracji, kina czy teatru. Teraz hula tam wiatr, a zamiast śmiechu słychać przeraźliwe krzyki i płacz ludzi, którzy chowają swoich bliskich. Tak dzieje się na każdym podwórku, na każdej ulicy, w każdym zakamarku zranionego miasta.

Co wtedy robi człowiek, by przetrwać? Co Tobie pomogło przejść przez takie piekło i zachować siłę ducha?

Tak, jak powiedziałem, najtrudniej jest pozbierać się po tym, jak dotrze do ciebie to, co się stało. Musisz wstawać o czwartej nad ranem, by stanąć w kolejce po chleb, a i tak nie masz pewności, że go dostaniesz. Wodę nosisz wiadrami ze źródła, bo w kranie jej nie ma. Światła i gazu też nie ma, dlatego gotujesz na podwórku, na tak zwanych kozach, ale wcześniej zasuwasz w góry po drewno na opał. Nie masz jak ogrzać domu, dlatego trzeba nagrzewać duże głazy lub cegły i wkładać je pod kołdrę przed snem. Tylko w ten sposób nie zamarzniesz w czasie mroźnej nocy. Emocjonalnie w takich chwilach pomaga ci silna wiara. Zawsze powtarzam, że jesteśmy silniejsi, niż możemy sobie wyobrazić! Ludzki organizm jest tak skonstruowany, że jest w stanie podnieść się po naprawdę wielu mocnych ciosach. Nie powiem nic nadzwyczaj odkrywczego – najważniejsze jest by nie utracić wiary!

To prawda! A jak wyglądało Twoje codzienne życie? Co ze szkołą i pracą Mamy? Gdzie w takiej sytuacji zdobywa się pieniądze na życie?

Nie wchodząc w szczegóły powiem, że wojna rozbiła naszą rodzinę, zostaliśmy z Mamą sami. W kilka dni Mama z biochemika “przekwalifikowała się” w sprzedawczynię drobnych rzeczy typu reklamówki, majtki, podkoszulki. Staliśmy z Mamą trzymając to wszystko na rękach przy jakiś sklepach, przydrożnych punktach handlowych, które nie zostały zniszczone w czasie wojny. Po całym dniu takiej pracy, mieliśmy pieniądze na chleb i herbatę. W ten sposób udało się nam przetrwać zimę, ale dalej tak żyć się nie dało, głód zaglądał coraz bardziej w oczy.

Rozumiem, a dlaczego znaleźliście się właśnie w Polsce?

Przestępczość i szabrownictwo sięgnęły w Abchazji zenitu, poza tym dotknęły nas również prześladowania, o których nie mogę i nie chcę mówić. Konflikt, który doprowadził do wojny nie został zażegnany, i w każdej chwili walki mogły rozpocząć się na nowo. Przeżyliśmy wojnę, ale nie mogliśmy zostać w kraju. Uzbierane od znajomych pieniądze wystarczyły tylko do dojazd do Polski. I tak w 1994 roku znaleźliśmy się na Dworcu Centralnym w Warszawie. Wtedy zaczęły się lata tułaczki po ośrodkach dla uchodźców (w których trzymano wówczas ludzi nawet po 3 lata), przeprowadzki z jednego podwarszawskiego motelu do drugiego. Oznaczało to również ponad siedmioletnie chodzenie po urzędach, które były zupełnie nie przygotowane do udzielania pomocy ubogim, okaleczonym psychicznie i zdrowotnie uciekinierom. Na szczęście wtedy zaczęły swoją działalność organizacje, m.in. Polska Akcja Humanitarna, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, a także szkoła społeczna założona przez Krystynę Starczewską. Oboje z Mamą trafiliśmy do I SLO „Bednarska”. Zostałem przyjęty do tej szkoły jako pierwszy uczeń-uchodźca, a Mama otrzymała pracę jako nauczycielka języka rosyjskiego i pracuje w niej od 1997 roku do dziś. Ja również po zdaniu matury i ukończeniu studiów na Uniwersytecie Warszawskim wróciłem jako nauczyciel do Zespołu Szkół „Bednarska,” bo czuje się tutaj jak w domu! Przyczynia się do tego serdeczna atmosfera, empatia ludzi i wysoka kultura osobista panująca wśród zespołu nauczycieli, którą pedagodzy starają się przekazać dzieciom.

Jak dziś wygląda Wasza praca i życie w Polsce?

Wraz z Mamą, poza prowadzeniem lekcji języka rosyjskiego, przybliżamy  uczniom tradycję kultury rosyjskiej i kaukaskiej. Wspieramy też emocjonalnie młodzież z różnych krajów, bo w praktyce wiemy, jak trudno jest stawiać pierwsze kroki w zupełnie nowym środowisku. Na swoich lekcjach, poza polskimi uczniami, mamy dzieci uchodźców i imigrantów z Armenii, Ukrainy, Czeczenii, Białorusi, Rosji, Afganistanu. Pomagamy im integrować się z koleżankami i kolegami z Polski. Tłumaczymy też polskim uczniom, że mają niepowtarzalną okazję, by poznać obyczaje, kulturę, muzykę i kuchnię innych krajów nie wyjeżdżając z Polski. Zachęcamy ich do wspierania kolegów innej narodowości czy to przy nauce języka polskiego, czy poznawaniu piękna polskiej kultury. Tak więc pracą w zespole szkół „Bednarska” nasze przeżycia przekuwamy z Mamą w pożyteczne działanie. Naszą pracę traktujemy także jako okazję, by podziękować ludziom dobrej woli, którzy nas wsparli w ciężkich chwilach, i o których tak pięknie śpiewał Czesław Niemen.